Dziś napadało na nas przeokrutnie. Dzień jakiś szary i ponury, prawie jak na moje wrześniowe urodziny, chodź nie powiem zdążaj się lata, że jest całkiem ładny pogoda i można przy okazji upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. I to dosłownie, bo już tak się przyjęło, że na urodzinowym obiadku grilujemy i jednocześnie jest to zakończenie sezonu. A wiec a propos tego dnia pochmurnego, bo zdaje się, że troszkę odpłynęłam, to po deszczu na parę chwil wyszło nieśmiało słonce. Lekki wiaterek szybko osuszył wszystko i zrobiło się naprawdę prześlicznie i tak spokojnie. Trawa i drzewa nabrały soczystej barwy zieleni, a kwiaty rozkwitły tak intensywnymi kolorami, że prawie nimi kipiałyże. Cały ogród wyglądał zupełnie nieprawdopodobnie. Nawet blado różowa hortensja, która w intensywnym dziennym świetle wydaje się niemalże biała dziś jakby się zaróżowiła.
Niestety nie trwało to zbyt długo, niebo zaciągnęło się znów szarością i zerwało się wietrzysko. Tylko sroki w klonach dalej wiszczały jak szalone:)
Pozdrawiam serdecznie